Początki zawsze są najtrudniejsze. Podobno.
Mam to już za sobą - wyjątkowo łatwo poszło.
Może wypadałoby się przedstawić...
Trudno mówić o sobie, gdy nie do końca wie się kim się jest. Nikogo nie obchodzą banały. Co z tego, że jestem studentką (nieszczęsnego kierunku humanistycznego)? Co z tego, że mam 21 lat i nie grzeszę urodą, ani tym bardziej inteligencją?
- Nic.
Po co mi blog?
Piszę od dłuższego czasu. Właściwie z marnym skutkiem. Wmawiam sobie, że tym razem może być inaczej, że jednak znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mnie czytać.
O czym będzie?
O niczym - jak w tytule. Ściślej - o tym, co mi w głowie siedzi. Nie spodziewajcie się rewelacji. Jestem typową kobietą - niezdecydowaną, ale upartą, rozchwianą emocjonalnie, ale stabilną w uczuciach, raczej smutną, ale uśmiechniętą . Sprzeczność goni niedopasowanie - to takie zwyczajne...
W ciągu ostatnich kilku miesięcy, a dokładniej w 6,5 miesiąca, moje życie dwukrotnie obróciło się o 180 stopni i (o dziwo) w tym wypadku 2*180 to wcale nie 360. Rozstania. Straty. Kto z nas ich nie doświadcza?
Przez 4 cudowne miesiące uczyłam się kochać.
Przez ostatnie 2,5 uczę się żyć bez miłości.
Jak to jest, że czujesz, że masz wszystko, a z dnia na dzień - ba! z godziny na godzinę! - świat wali Ci się na głowę? Koniec, a Ty musisz iść dalej. Jak to zrobić? Walczyć, czekać, czy poddać się zupełnie? Jak dbać o cokolwiek, kiedy nic już nie ma znaczenia. Gdzie szukać motywacji do wstawania z łóżka każdego pieprzonego dnia, kiedy pierwsza myśl po przebudzenia dotyczy tego, że właściwie nie masz już nic? Jak się uśmiechać i wmawiać wszystkim, że jest dobrze, kiedy chciałoby się krzyczeć: "jest mi tak cholernie źle, tak ku*ewsko beznadziejnie!"
Wiem jak bardzo histerycznie to brzmi... Po prostu czasami, mam wrażenie, że brakuje mi już łez.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz